poniedziałek, 26 marca 2012

Pożegnanie

 Powoli zapadała noc, pokój w połowie ogarną mrok, a w oddali słychać było stłumione ciszą bicie serca. W powietrzu czuć było specyficzny zapach Penicyliny i starego pergaminu. Ogień delikatnie palił się w kominku lekko podskakując rozświetlał drugą połowę pokoju. Stare dębowe drewno trzaskało przerywając ciszę, nagle jedna z iskier wyskoczyła z trzaskiem z kominka i opadając powoli wypaliła maleńką dziurkę w białej pościeli. Na starym bujanym fotelu siedział nieruchomo równie stary człowiek, o włosach siwych i srebrzystej brodzie. Siedział tak od czasu do czasu łapiąc głębszy oddech, trzymając fajkę w ustach i spoglądając małymi bystrymi oczami w stronę kominka starał się nie zakłócać ciszy. W pewnej chwili oparł się o ramę fotelu, która ze starości zadawała się aż jęczeć pod jego dłońmi. Mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał niechętnie w stronę łóżka, przy którym wiernie siedziała dziewczyna o bladej twarzy  nie wyrażającej żadnych emocji i uczuć. Jej   zielone kocie oczy osłonięte rudą kępą włosów rozglądały się ostrożnie za każdym razem gdy cisze zakłócał jakikolwiek odgłos. Nagle chwilę milczenia przerwał stłumiony bólem oddech.
- Niewiele czasu zostało...-oznajmił starzec ze smutkiem patrząc na dziewczynę, która trzymała w dłoniach bladą twarz chłopca o rdzawych włosach i zamroczonych jasnych oczach, które zdawały się odpływać.
- Nie! Daj mi jeszcze chwilę, chcę się z nim pożegnać...- powiedziała, obejmując już stygnące ciało i ze łzami w oczach spojrzała na starca.
- Pozwól mu odejść! - rzekł ostrym głosem -Wiem, że cierpisz czuję to samo, ale pozwól mu odejść z godnością...- zwrócił się do dziewczyny, jednakże tym razem jego głos zadrgał i słychać było że już nie ma siły mówić nic więcej ponieważ ogromny żal ściskał go za gardło.Minęła dwunasta, stary zegar trzasną oznajmiając leniwo iż zbliża się północ.
 I znów ciszę przerwał oddech stłumiony bólem, ta godzina nadeszła. Dziewczyna znów objęła dłońmi ciało chłopca i tuląc się do jego zimnego policzka łapała jego ostatnie tchnienie, po czym zaczęła płakać.
Jej srebrne łzy powoli spadały na zimne czoło młodzieńca i spływały po jego policzkach zabierając ze sobą krople kryjącego w sobie ból potu.
- Przestań! I tak ulżyłaś mu w cierpieniu, a  łzami życia mu nie wrócisz i tylko pogorszysz sprawę, bo będzie mu trudniej przejść na tamtą stronę...- powiedział starzec ocierając łzy z jej policzka,
 a po chwili dodał - On już nie cierpi, tam jest mu lepiej, o wiele lepiej...
I spojrzawszy ostatni raz na zimne, blade ciało spojrzał jeszcze ostatni raz na twarz chłopca na której zamiast bólu, strachu i cierpienia widniał uśmiech...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Fajerwerki

 Noc choć grudniowa zdawała się być bardzo ciepła, no dworze słychać już było huk wystrzelonych w powietrze petard, które z wielkim świstem powracały naglę na ziemie w postaci błękitnych iskierek. Matylda siedziała skulona na ogrodzonym siatką dachu starej kamienicy, siedziała i patrzyła jak iskry fajerwerek rozprzestrzeniają się oświetlając jednocześnie mrok ulic. Po chwili usłyszała znajomy odgłos i zauważyła cień który wyrastał zza jej pleców.
- I co, ładnie strzelają? -powiedziała postać stojąca za nią.
- Jeszcze huczniej niż w tamtym roku. -odpowiedziała zasmucona.
 Po tych słowach Matylda odwróciła się i wiedząc, że z pewnością zobaczy swojego młodszego brata odsunęła się na skraj poduszki na której siedziała i poklepała ją co oznaczało żeby chłopiec usiadł koło niej.
 Usiadł więc i trzymając w ręku swojego spranego misia, któremu jedno oko odpadło całkowicie spojrzał na dziewczynę i zapytał:
- Dlaczego jesteś smutna?
- Nie jestem!- odpowiedziała bez namysłu Matylda.
- Ale ja widzę...- ciągną dalej.
- Ach!- westchnęła głęboko.
- Co?
- Nic...- odpowiedziała.
 Słysząc to chłopiec odwrócił głowę w stronę nieba, westchną i powiedział:
- Jesteś smutna, bo rodzice się kłócą? 
Ale ona przemilczała to co powiedział i dalej jakby zauroczona magią tej ciepłej grudniowej bo ostatniej w tym roku nocy patrzyła na jaśniejące od fajerwerek niebo. 
 Po kilku minutach lekkiej ciszy nastał naglę wielki huk tak jak gdyby ktoś odpalił średniej wielkości pocisk.
- Północ!- wyszeptała Matylda.
  Lecz szeptu jej nie było słychać może dlatego, że odgłos ten zagłuszał wszystko inne, a może też dla tego że w tej chwili nie była w stanie nic więcej z siebie wydusić.
 Możliwe, że ze wzruszenia lub także z troski o lepsze jutro.


piątek, 30 grudnia 2011

Nienawiść do ludzi... nienawiścią do samego siebie...

 Kiedy przechadzali się po parku nastała niezręczna cisza, w końcu Tom miał okazję, ukradkiem złapał ją za rękę. Ale ona zachowała się tak jakby tego nie czuła, a może po prostu nie chciała poczuć ?
 Po chwili Tom odezwał się słowami pełnymi goryczy i stłumionej nienawiści:
- Patrz małpa uciekła komuś z cyrku!- mówiąc to wskazał na ciemnoskórego mężczyznę
 który przechodził obok nich...
Dziewczyna zacisnęła pięść i wykrzyczała mu prosto w twarz:
- Ty faszysto jak możesz!
- Ja faszystą? Kotku Chyba chciałaś powiedzieć "Rasisto". -Powiedział pełen cynizmu.
- Faszysta, czy Rasista... dla mnie nie ma różnicy, zachowałeś się jak świnia! Jak mogłeś być tak prostacki, przecież ten człowiek też ma uczucia!
- Człowiek? Jaki człowiek? On był czarny!- powiedział usprawiedliwiając się cicho...
 Dziewczynie puściły już nerwy, nie wytrzymała, wyszarpnęła mu się, podniosła rękę do jego twarzy i bez pohamowania spoliczkowała go. Po czym rozżalona powiedziała:
- Nie ma czarnych, czy białych... są ludzie, ale ty najwyraźniej tego nie rozumiesz.
  Na chwilę znów nastała cisza, a potem dziewczyna odwróciła się od niego i powiedziała ze smutkiem:
- A może nie chcesz zrozumieć...?
Tom słysząc to podniósł spuszczoną wcześniej głowę, spluną na ziemię i powiedział z pogardą:
- Dziwka!
No co ona uśmiechnęła się lekko i ze spokojem odrzekła:
- Dziwka też człowiek...
Po czym spojrzała w stronę połyskującej białym światłem latarnię i odeszła w pośpiechu... 


poniedziałek, 24 października 2011

Patrząc w Niebo...

Pewien bogaty człowiek miał wypadek, a następnie trafił do szpitala... gdy wieźli Go na salę operacyjną zwrócił się do pielęgniarza:
- Zanim zaczną mnie operować... przekaż to ordynatorowi szpitala...-człowiek podał pielęgniarzowi błękitną kopertę, a po chwili dodał: 
- Tylko mu ją przekaż... 
Pielęgniarz pobiegł natychmiast do ordynatora, a gdy ten otworzył kopertę był bardzo zaskoczony... w kopercie znajdował się list... i coś jeszcze... coś na co ten bogaty człowiek tak pracował... a był to mały srebrny kluczyk do jednej z trzech skrytek bankowych...
Po operacji bogaty człowiek poszedł do ordynatora... i podziękował mu za udaną operacje... na co ten odpowiedział mu:
- Niech nie dziękuje pan mi, ani lekarzowi który pana operował... to jest jedynie zasługa dawcy...
Gdy bogaty człowiek wyszedł ze szpitala, pierwsze co zrobił to spojrzał w niebo... i podziękował Bogu tymi słowami: ,, Panie zwątpiłem, ale Ty... uleczyłeś moją duszę... mam jednak nadzieję że człowiek który był dawcą... trafił  w zasłużone miejsce, trafił do Nieba..."

wtorek, 18 października 2011

Wędrówka przez Świat

Podróżowała kiedyś Śmierć przez Świat zabierając po kolei wszystkich napotkanych tam chorych, starców i sieroty, pewnego dnia Śmierć zmęczona już swą odwieczną wędrówką usiadła na bruku oparła kosę o mur i przyglądała się ludziom porwanym w pęd pracy, którzy nawet nie zwracali na nią uwagi... znudzona już tym wszystkim Śmierć spoglądała na ludzi szukając tych których mogłaby zabrać ze sobą. W końcu zauważyła włóczęgę który siedział po drugiej stronie ulicy i od dłuższego czasu przyglądał się jej... Zadowolona Śmierć chwyciła kosę w dłoń i pomknęła na drugą stronę ruchliwej ulicy, spojrzała na włóczęgę z odrazą i odparła:
- Widzisz mnie?
- Tak! I co w tym dziwnego...? -odparł włóczęga.
- Skoro mnie widzisz to oznacza tylko jedno... - dodała zadowolona Śmierć.
- Chcesz mnie zabrać, prawda...?
- Tak -odparła z szyderczym uśmiechem Śmierć.
- Właściwe to... nawet się cieszę... bo już od dłuższego czasu na ciebie czekałem...
 Zdziwiona śmierć spojrzała na włóczęgę, położyła kosę i usiała koło niego na bruku.Po chwili milczenia rzekła:
- To znaczy że nie Jesteś zaskoczony...?
- Nie... moje życie było beznadziejną pustką... bo moja narzeczona zachorowała na raka, rodzice i brat zginęli w wypadku, a do tego miesiąc temu odszedł mój najlepszy przyjaciel...
-  Jak miał na imię? -spytała Śmierć.
- Nie wiem był bezpański... -odrzekł włóczęga z uśmiechem.
- Skoro miałeś dom, to dlaczego go opuściłeś, dobrze Ci się żyje... tak na łasce innych...? 
- Są inni ludzie biedniejsi ode mnie, spójrz na tego biednego ślepca...-wskazał na żebraka siedzącego obok.
- Nie martw się jego też zabiorę...
Włóczęga spojrzał jeszcze raz na ślepca, a następnie na Śmierć i odrzekł ze smutkiem:
- Ale on... jest naprawdę dobrym człowiekiem, czy też musi odejść...?
- Nie mnie jest to osądzać, to ,,Ten" na górze wyznacza zasady, ja je tylko przestrzegam...
- Więc jednak Bóg istnieje...?
- Tak, istnieje...
Włóczęga i Śmierdź siedzieli tak jeszcze razem na bruku milcząc i spoglądając na ludzi zepchniętych w wir pracy. Gdy słońce chyliło się już ku ziemi Śmierć spojrzała na włóczęgę i powiedziała:
- Wież że to będzie twój ostatni zachód słońca...?
- Wiem... 
- Boisz się...?
- Tak...
- Nie masz czego, postaram się żeby to było dla Ciebie bezbolesne...
- Ja nie boję się odejść... boje się jedynie tego gdzie trafie... wiele zła uczyniłem w życiu...
- Mogę się postarać, że ten ślepiec pójdzie za Ciebie...
- Nie... to było by nieuczciwe wobec niego...
- Skoro tak uważasz...-powiedziała Śmierć, po czym dodała: - Masz jakieś życzenie, no wiesz... zanim odejdziesz...?
- Tak...
- Tylko mnie nie proś o życie...
- Spokojnie mam inne życzenie-odparł z uśmiechem włóczęga.
- Mów śmiało!
- Skoro Bóg istnieje, to poproś Go o to, aby przed odejściem pozwolił temu ślepcowi przejrzeć na oczy, żeby zobaczył jak piękny jest świat...
Wzruszona prośbą włóczęgi Śmierć odrzekła:
- Sam Go o to poprosisz...- Po czym uściskała go jak najlepszego przyjaciela i odeszła...
Następnego dnia ci sami ludzie przechodzący co dzień koło włóczęgi zobaczyli zwłoki, odziane w poszarpane łachmany, a na twarzy widoczny był uśmiech... Widząc to ludzie szeptali między sobą... ,,Biedny człowiek, był sam w ostatnich chwilach życia i nikt mu nie pomógł..."
Ale włóczęga nie był sam... bo po raz pierwszy w całym swoim życiu zaznał prawdziwej przyjaźni...

czwartek, 13 października 2011

Dialog o śmierci...

Pan: -Anno, co byś zrobiła gdyby wrogowie moi podali by mi truciznę?
Anna: -Panie, przecież wiesz, że cię kocham... dlaczego więc mnie o to pytasz, czyż nie jesteś pewien mojej miłości do Ciebie?
Pan: -Wiem że mnie kochasz, jednakże chcę wiedzieć...
Anna: -Panie z całego serca jak Cię miłuję kazałabym sługom swoim wymordować twoich wrogów, a sama poszłabym nawet na koniec świata... aby znaleźć antidotum na tą truciznę...
Pan: -Jeżeli nie będzie antidotum, to co wtedy zrobisz?
Anna: -Panie, no Miłość Boską! Dlaczego mnie o to pytasz....?
Pan: -Chcę wiedzieć!
Anna: -Ach... Panie gdyby tak się stało... jedyną rzeczą jaką bym zrobiła to... połączyła się z tobą w cierpieniu...
Pan: -Więc nie ulżyłabyś mi w ostatnich chwilach życia...?
Anna: -Panie! Gdybym mogła to wyciągnęłabym  sztylet i zabiłabym siebie, Ciebie i twego mordercę...
Pan; -Dlaczego ,,Gdybyś mogła" czy coś byłoby dla ciebie przeszkodą?
Anna: -Panie... gdybym to zrobiła słudzy twoi posądzali by mnie o morderstwo...!
Pan; -W takim razie gdzie byś mnie pochowała...?
Anna; -Panie... przecież ty masz już swój rodzinny grobowiec...
Pan: -Jednakże ja nie chciałbym być tam pochowany...
Anna: -Panie... pochowałabym cię więc gdzieś daleko z tond,gdzie nikt nie byłby w stanie przeszkodzić ci w twoim spoczynku...
Pan: -Więc co w takim razie napisałabyś na moim nagrobku... ?
Anna: -,,Tu leży Pan mój i kochanek, którego kochać tak mi jest na wieki dane, a grup mój przy jego spoczywać będzie.Amen..."
Pan: -I nic więcej ...?
Anna: -Nic więcej Panie...
Pan: -W taki razie mogę wierzyć Ci ,że mnie kochasz...?
Anna: -Tak Panie...
Pan: -Więc pozwól, że cię zostawię samą... na tą jedną chwilę...
Anna: -Panie!?
Pan: -Słucham Anno...
Anna: -Skoro już mnie opuszczasz... to odpowiedz mi chociaż na jedno pytanie...
Pan: -Zamieniam się w słuch...
Anna: -Panie... a co ty byś uczynił... gdyby mnie otruto...?
Pan: -Anno...zrobił bym tylko jedno...
Anna: -Cóż takiego Panie?
Pan: -Powiedziałbym tylko, że Cię  kocham...